Kiedy miałem jakieś 9 do 11 lat, a Polska była na innej planecie, przy pomocy idealnej angielszczyzny mamy mojego kolegi napisaliśmy we dwóch listy do NASA. Łgaliśmy w nich na miarę swoich dziewięcio/jedenastoletnich możliwości, że mianowicie interesujemy się wszechświatem, że chcemy wszechświat eksplorować, generalnie że nic tylko głowy w gwiazdach trzymamy. Nie pamiętam już dokładnie motywów, które nas do tego skłoniły, ale gdy po kilku miesiącach listonosz upchnął w ciasnej skrzynce pocztowej zaadresowaną do mnie grubą kopertę w formacie A4 opatrzoną logo NASA, a w niej ze dwa tuziny zdjęć rakiet, satelitów, członków orbitalnych wypraw i list ze słowami zachęty, poczułem się jakbym osobiście stąpał po Księżycu.
Gdy jakoś w maju tego roku, wracając z Dominiką z przedszkola, zakomunikowałem Jej, iż w wakacje pojedziemy do Disneylandu, spodziewałem się reakcji podobnej do tej, którą sam przeżyłem wyciągając ze skrzynki pocztowej list z NASA. Zamiast szalonego entuzjazmu usłyszałem "dobrze", po czym nastąpił ciąg dalszy relacji pasjonującego przedszkolnego dnia.
Czasy się zmieniły i zapowiedź byle Disneylandu nie wprawia młodych ludzi w euforię, lecz o ile zapowiedź można przyjąć spokojnie, to pobyt w tej krainie czarów rozszerzy źrenice każdego dziecka. Nawet trzydziestodwuletniego :)
|