Rozmiar: 89106 bajtów

Rozmiar: 1981 bajtów


Rozmiar: 135401 bajtów


Rozmiar: 1989 bajtów


Kliknij aby powiększyć    Winą obarczymy Volkera Schlöndorffa, choć Franz Seitz (II) i Jean-Claude Carriere też nie są bez winy, to z całym szcunkiem dla scenarzystów nie zastosujemy tu odpowiedzialności zbiorowej i wskażemy jednostkę, wygłosimy oskarżycielską mowę i zaocznie skarzemy reżysera, ponieważ to na nim ciąży odpowiedzialność zarówno za sukcesy, jak i za subiektywne porażki.
A skoro subiektywizm to kierowanie się w działaniu oraz ocenie faktów i zjawisk wyłącznie osobistymi przekonaniami, upodobaniami, względami; brak obiektywizmu, stronniczość, zatem, mając definicyjny subiektywizm po swojej stronie, śmiało możemy ferować wyroki nie bacząc na nieistotny z subiektywnego punktu widzenia fakt, iż mianowicie z obrazu "Die Blechtrommel", za który zaocznie skazujemy reżysera, widzeliśmy nie więcej niż pięć wyrwanych z kontekstu minut, a dla podkreślenia powagi oskarżenia dodać należy, że ów wzmiankowany pięciominutowy fragment, za który pastwimy się nad Schlöndorffem widzieliśmy całe lata temu, co w tym wypadku jest okolicznością - biorąc pod uwagę spowodowane widzeniem, rzekłbym: czytelnicze opóźnienie poznawcze - jest okolicznością, jak mówię, silnie obciążającą.
   Bo, i tu muszą mi przyznać Państwo rację, niczym innym jak czytelniczym opóźnieniem poznawczym nie można nazwać wieloletniej zwłoki - spowodowanej nieszczęsnym pięciominutowym fragmentem - w podjęciu lektury "Blaszany bębenek" Güntera Grassa
   Choć z drugiej strony, siląc się na obiektywizm i wybielając ciut postępek Schlöndorffa - bo kto wie, może jego film obejrzany w całości nie zniechęca tak strasznie i na lata definitywnie - więc z drugiej strony, jeśli podstawą do wieloletniego wykreślenia z czytelniczych planów książki jest nieobejrzany film będący tej książki ekranizacją, to o osobniku podejmującym tak karkołomne decyzje możemy śmiało powiedzieć jedno: debil.

   Dobrze, cholera, więc niech będzie remis: Schlöndorff za nieumyślne doprowadzenie do długotrwałej zwłoki poznawczej; Jacek K. za bezmyślne trwanie w nieumyślnie spowodowanej niechęci. Koniec. Uznajmy sprawę za przedawnioną, wstrzymajmy się z wyrokiem, dajmy spokój Schlöndorffowi i jego być może całkiem strawnej produkcji, łagodnie potraktujmy debilizm Jacka K. uśmiechając się do niego ze współczuciem i wyrozumiałością i zajmijmy się w końcu Grassem, bo między bogiem a prawdą, to Günter Grass spowodował aktualną eksplozję lokalnego patriotyzmu, powiedzmy: historycznego, i silną potrzebę oglądania miejsc minionych.

Kliknij aby powiększyć    Nie będę ukrywał: unikam Noblistów jak ognia. Unikam sienkiewiczowskich dłużyzn, Reymonta nie znam osobiście, a Miłosz i Szymborska miażdźą moje prostackie pojęcie o literaturze, bo nie rozumiem Ich zupełnie i choćbym nie wiem jak bardzo chciał, nie potrafię się poetami szczerze zachwycać. Liznąłem kilku obcojęzycznych laureatów, ale z prawdziwą przyjemnościa czytałem dopiero Grassa.
   Ponieważ - abstrahując od potęgi jego pióra - dopiero Grass, pisząc o miejscach odległych nie bardziej niż kilka kilometrów, zmusił mnie do ruszenia dupy i zapewnił realne i widzialne wsparcie dla mojej skostniałej momentami wyobraźni.
   I żeby była jasność: Nie staram się tu w żaden sposób sprowadzić "Blaszanego bębenka" do tekstowego przewodnika po przedwojennym Gdańsku! Na swój plebejski sposób potrafię docenić literacką wartość tej książki, powiem więcej: jestem jej literackimi walorami wręcz zachwycony, ale skoro podjąłem trud budowania strony opartej o fotografię, podkreślam możliwe do zobaczenia, a tym samym sfotografowania, aspekty tej konkretnej powieści.

Kliknij aby powiększyć    Bo aż wstyd przyznać, ale - tu lekko naginam rzeczywistość do aktualnej sytuacji fabularnej - będąc rdzennym mieszkańcem Gdańska, o Gdańsku wiem bardzo niewiele, a nawet, siląc się na narracyjne wyolbrzymienie, powiem: o Gdańsku nie wiem nic zgoła. Mam podejrzenie ocierające się o pewność, że większość co bardziej skwapliwych turystów odwiedzających Gdańsk, o mieście, w którym się może nie tyle urodziłem, co wychowałem i dorosłem, wie dużo więcej niż ja - żałosny Gdańszczanin z warmińskimi korzeniami.
Kliknij aby powiększyć    Dlatego "Blaszany bębenek" - jeśli wolno mi oceniać - proza genialna, wzbudziła we mnie ukrytą dotychczas, przytłumioną hałasem wspólczesnego miasta potrzebę odkrywania, oglądania i wreszcie fotografowania Gdańska minionego, ukrytego nie tyle w budowlach stanowiacych bestselery ilustrowanych przewodników, co uwiecznionych w akapitach oskarowej opowieści.
   Jeśli zaliczacie się do tej ekskluzywnej grupy statystycznej, której światli bywalcy, czytając przynajmniej jedną książkę w roku, zbiegiem okoliczności, czy - to też możliwe - w wyniku świadomego wyboru mieli już przyjemność poznania fabuły "Blaszanego bębenka", to mam dyskretną nadzieję, że mozolnie przygotowywane przeze mnie fotograficzne ilustracje miejsc opisanych pozwolą Wam odświeżyć wspomnienia i w dosłowny, pomagający wyobraźni sposób spojrzeć na tę książkę, a raczej na jej gdańską część, bo do Düsseldorfu w dającej się zaadresować przyszłości niestety się nie wybieram.
Kto wie, może także i ci, którym czytanie sprawia fizyczny ból i łzawienie nie do opanowania znajdą tu coś dla siebie, choć osobiście nie mam podstaw do tak wysokiej samooceny.


   Z przyczyn, przepraszam za eufemizm, "powodowanych artystyczną wizją projektu" zdjęcia wyprułem z koloru, unużałem w ascetycznej sepii, słowem: ucharakteryzowałem je na licujące z epoką fotogramy, co być może nie służy im najlepiej, ale stało się, a odwrót jest kłopotliwy, czasochłonny i prawdę mówiąc wcale mi się wracać nie chce.
Poza tym, wciąż uzupełniam relację zdjęciową, sortuję, przebieram, układam w różnej kolejności, okraszam cytatami, a wszystkie te działania poprawczo-uzupełniające doprowadzają do tego, że oskarowa strona jest wciąż "under construction", dlatego wybaczcie nieporządek i worki po zaprawie pod ścianą.


Rozmiar: 1989 bajtów

"Oskar mógł wyjść z mieszkania rodziców przez sklep, wtedy od razu był na Labesa, albo zatrzasnąć za sobą drzwi mieszkania, wtedy znajdował się na klatce schodowej, miał po lewej wyjście na ulice, cztery piętra wyżej poddasze, gdzie muzyk Mayn grał na trąbce, a ostatnią możliwość stanowiło podwórze kamienicy. Ulica to były kocie łby. Na ubitym piachu podworza mnożyły się króliki i trzepano dywany. Poddasze prócz okazyjnych duetów z pijanym panem Meyerem ofiarowywało widok, perspektywę i owo piękne, lecz złudne uczucie wolności, którego szukają ci wszyscy, co wspinają się na wieże, które z mieszkańców mansard czyni marzycieli.    (...) Podwórze miało szerokość kamienicy, w głąb jednak sięgało tylko na siedem kroków i wysmołowanym, zbrojnym u góry w drut kolczasty płotem z desek przylegało do trzech innych podwórzy. Z poddasza można było ogarnąć wzrokiem ten labirynt: domy na Labesa, obu przecznicach: Herty i Luizy i na dalekiej przeciwległej ulicy Marii otaczały złożony z podwórzy obszerny czworobok, w którym znajdowały się również fabryka cukierków od kaszlu i liczne tandetne warsztaty. Tu i ówdzie z podwórzy wyrastały drzewa i krzaki wskazujące porę roku (...)"


ul.Labesa - aktualnie Lelewela...

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć


...i Labesa trzewia, ów obszerny czworobok z podwórzy...

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć


...który tworzyły ulice Herty, Luizy i Marii - dzis: Wallenroda, Aldony i Wajdeloty

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Rozmiar: 1989 bajtów

   Kościół Serca Jezusowego odwiedziłem chyba ze trzy razy, ale dotychczas nie udało mi się trafić na otwartą kratę broniącą wstępu do historycznego wnętrza, a o oficjalne pozwolenie na wejście i fotografowanie nie mam śmiałości wystąpić, ponieważ trącące profanacją sceny będące udziałem historycznych wnętrz, które są jednocześnie powodem, dla którego potrzebuje się do środka dostać, mogą być dla władz kościelnych sprawujących nad świątynią pieczę cokolwiek niewystarczające, a kto wie, może nawet przekreślają moje szanse na legalne w tym kościele fotografowanie. Dlatego jeżdżę tam co jakiś czas fotografującego turystę udając i liczę na łut szczęścia, na ślub jakiś, na pogrzeb, lub na niezbyt popularną uroczystość religijną, gdzie będę mógł wkręcić się cichcem i choćby sprawdzić, czy interesujące mnie rzeźby są jeszcze na swoim miejscu.



   "Pamiętam kościół Serca Jezusowego jeszcze od chrzcin: były trudności z powodu pogańskiego imienia, ale upierano się przy Oskarze i Jan, jako chrzestny, też tak powiedział przy wejściu do kościoła. Potem proboszcz Wiehnke dmuchnął mi trzy razy w twarz, co miało przepędzić szatana we mnie, potem znak krzyża, położenie ręki, posypanie solą i jeszcze coś przeciwko szatanowi. W kościele ponownie postój przed właściwą kaplicą chrzcielną. Zachowywałem się spokojnie, gdy nade mną odmawiano "Wierzę w Boga" i "Ojcze nasz". Potem proboszcz Wiehnke uznał za stosowne jeszcze raz powiedzieć: - Odejdź, szatanie - i mnie, który przecież zawsze wiedziałem co i jak, zamierzał otworzyć zmysły, dotykając nosa i uszu Oskara. Następnie chciał jeszcze raz usłyszeć rzecz wyraźnie i głośno, spytał: - Wyrzekasz się szatana? I wszystkich dzieł jego? I wszystkiej pychy jego?
   Zanim zdążyłem potrząsnąć głową - bo ani myślałem z tego rezygnować - Jan, występując w moim imieniu, powiedział trzykrotnie: - Wyrzekam się.
   Proboszcz Wiehnke, chociaż nie zdołał popsuć moich stosunków z szatanem, namaścił mnie na piersi i pomiędzy barkami. Przy chrzcielnicy znowu "Wierze w Boga", potem wreszcie trzykrotnie woda, namaszczenie krzyżem skóry na głowie, biała szata do plamienia, świeca na mroczne dni, koniec ceremonii - Matzerath zapłacił - a gdy Jan wyniósł mnie przed główne wejście kościoła Serca Jezusowego, gdzie czekała taksówka przy zachmurzeniu niewielkim lub umiarkowanym, spytałem szatana w sobie: "Dobrze znieśliśmy to wszystko?" Szatan podskoczył i szepnął: "Widziałeś witraże, Oskar? Cale ze szkła, całe ze szkła!" "


Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć



Rozmiar: 1989 bajtów

Park Kuźniczki oddzielnej historii nie ma, ale pojawia się w marszrutach Oskara na tyle często, że nie sposób o nim nie wspomnieć


Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć



Rozmiar: 1989 bajtów

Bez ładu i składu, w oczekiwaniu na przebranie, uzupełnienie i opracowanie...


Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć



Rozmiar: 1981 bajtów

© Copyright 2006 PHOTOTRIP
Uderzające podobieństwo loga PHOTOTRIP.PL do znaku graficznego National Geographic jest celowe i z premedytacją zamierzone

Rozmiar: 1696 bajtów

Kopiowanie, użycie i rozpowszechnianie fotografii znajdujących się na phototrip.pl bez wiedzy autora - DOZWOLONE

Rozmiar: 1981 bajtów

statystyka